
Telefon, którego nikt nie chciał odebrać
Była 02:17, mój trzeci dyżur z rzędu. W pogotowiu w małym miasteczku na wschodzie Francji noc zwykle ciągnie się jak guma. Ziewasz, przeglądasz dokumentację, łyk gorzkiej kawy, jakaś przerzucona mimochodem rozmowa z dyspozytorem.
Nagle radio zaskrzeczało inaczej niż zwykle.
Głos dyspozytora był twardy, bez ozdobników:
– Zgłoszenie od policji. Trzech zaginionych nastolatków, jedna grupa ratowników już w terenie. Miejsce: stary, opuszczony kompleks hotelowy nad jeziorem. Macie zabezpieczyć medycznie akcję.
Spojrzałem na moją partnerkę z karetki, Annę, którą wszyscy wołali po prostu „Anka”. W jej oczach zobaczyłem to, co sam czułem: nagłe przebudzenie.
– Opuszczony hotel? – prychnęła, zakładając kurtkę. – Zawsze musi być coś z dreszczykiem.
Wtedy jeszcze nie wiedzieliśmy, że dreszcz przejdzie nas wszystkich kilka razy.
Hotel, który miał być wizytówką regionu
Kompleks „Les Roches Bleues” kiedyś miał być dumą okolicy. Wysoki, betonowy moloch z lat 80., wciśnięty między jezioro a stary kamieniołom. Baseny, tarasy, restauracje z widokiem na wodę.
W praktyce: wielki niedokończony sen lokalnych władz, który zamienił się w koszmar dla księgowych. Po kilku latach hotel zamknięto – problemy finansowe, pożar w jednej z kuchni, plotki o wypadku na budowie. Potem tylko wiatr, graffiti i miejskie legendy.
Kiedy podjechaliśmy karetką pod bramę, pierwsze, co rzuciło mi się w oczy, to cisza.
Ale to nie była zwykła nocna cisza. To było to nienaturalne milczenie przestrzeni, która niby jest martwa, a jednak masz wrażenie, że ktoś ci się przygląda zza ciemnych okien.
Przy wejściu czekał na nas policjant – kapitan Moreau, którego znałem z poprzednich interwencji. Obok niego – dwóch strażaków i przewodnik z psem ratowniczym. Pies miał na imię Rex i już przy pierwszym kontakcie było widać, że to nie jest „maskotka jednostki”, tylko zawodowiec. Ciało napięte, ogon sztywny, wzrok skupiony gdzieś daleko w mrok.
– Marek, dobrze, że jesteś – Moreau bez przywitania wręczył mi zmiętoloną kartkę. – Troje dzieciaków: jeden chłopak, dwie dziewczyny. Bartek, 18 lat. Maja, 17. Lena, 18. Wszyscy z tej samej grupy językowej, Polacy. Mieli zrobić sobie „urban exploration” po hotelu. Od pięciu godzin zero kontaktu. Znaleźliśmy samochód na parkingu, drzwi od kierowcy otwarte.
Dołączył do nas starszy mężczyzna w roboczej kurtce.
– To Henri – powiedział Moreau. – Kiedyś pracował tutaj jako konserwator. Zna ten hotel lepiej niż ktokolwiek. Będzie was prowadził.
Henri skinął tylko głową. W jego oczach było coś pomiędzy zmęczeniem a dziwnym, niewypowiedzianym lękiem.
– Nie powinni byli tu wchodzić – mruknął. – Ten budynek nie lubi gości po zmroku.
Udawałem, że nie usłyszałem. Ale skóra na karku i tak mi ścierpła.
Pierwsze ślady: plecak, telefon i ściana, której nie da się zapomnieć

Weszliśmy głównym wejściem. Światło naszych latarek rozcinało kurz jak mgłę. Słodki zapach wilgoci mieszał się z czymś metalicznym, niepokojąco znajomym.
Na recepcji stały wciąż obdrapane lady, za nimi zardzewiałe stojaki na klucze. Gdzieniegdzie jeszcze wisiały tabliczki z numerami pokoi.
– Ostatnio okupują to tylko dzieciaki, grafficiarze i bezdomni – mruknął Henri. – Ale dzisiaj jest inaczej. Dzisiaj jest… zbyt cicho.
Tuż obok windy, na zniszczonej kanapie, leżał czarny plecak.
– To ich – rzucił policjant, który do nas dołączył. – Dokumenty w środku. Telefon Bartka rozładowany, ale logowania BTS wskazują, że był tu jeszcze po północy.
Podniosłem plecak. Był cięższy, niż się spodziewałem. W środku powerbank, aparat, notes, kilka batonów, mała apteczka turystyczna. Typowy ekwipunek na „eksplorację”, jakby to była zabawa.
Rex nagle napiął się jak struna. Warknął cicho, pociągnął przewodnika w stronę korytarza prowadzącego do starej części hotelu.
– Coś ma – powiedział przewodnik, Julien. – Idziemy za nim.
Korytarz był długi, krzywy. Tynk odpadał płatami, z sufitu zwisały przewody. Na końcu, przy wejściu do dawnej sali konferencyjnej, zobaczyliśmy to.
Na ścianie, przy samej podłodze, ciągnęła się smuga. Ciemna, nierówna, w świetle latarek błyszcząca jak zaschnięta farba. Nie musiałem się nachylać, żeby poczuć ten zapach. Metaliczny, gęsty, lepki.
Krew.
– Nie dotykajcie – powiedział Moreau. – Technicy już jadą, ale nie mamy czasu czekać. Marek, co sądzisz?
Zbliżyłem się, oceniając na ile mogłem w tym świetle i warunkach.
– Nie jest świeża, ale nie jest też bardzo stara – odpowiedziałem. – Kilka godzin, może mniej. Ktoś się tu porządnie zranił. I raczej nie był to szczur.
Rex zawył krótko, jakby ktoś nadepnął mu na ogon, i szarpnął do drzwi sali konferencyjnej.
Kamieniołom w ciemności
Zanim weszliśmy do środka, Moreau zatrzymał nas gestem.
– Druga grupa jest w terenie, przeszukują kamieniołom za hotelem – zameldował. – Jeden ze świadków twierdził, że widział latarki w tamtym kierunku. Jeśli młodzi spanikowali, mogli wybiec tylnym wyjściem i pobiec w stronę wyrobiska.
Szybka decyzja: ekipa strażaków odłącza się i schodzi w stronę kamieniołomu. My zostajemy w hotelu: ja, Anka, Moreau, Julien z Rexem i Henri jako przewodnik.
Kamieniołom tylko majaczył w oddali za zniszczonymi oknami. Wiedziałem, że jeśli ktoś tam spadł, czas będzie grał przeciwko nam. Ale krew na ścianie była zbyt blisko, zbyt konkretna. Ktoś musiał być nadal w środku.
– Rozdzielamy się tylko na krótkie odcinki – powiedziałem, choć to bardziej była prośba niż rozkaz. – Jeśli coś znajdziemy, od razu wołamy resztę. Nie bawimy się w bohaterów.
Anka skinęła głową. Widziałem, jak ściska torbę medyczną mocniej niż zwykle.
Pokoje, które pamiętały więcej, niż mówił Henri

Sala konferencyjna wyglądała jak scenografia do filmu postapo. Zbite szyby, krzesła przewrócone, stół konferencyjny połamany na pół. Na podłodze – ślady kroków w pyle, niewyraźne, ale widoczne.
– Trójka nastolatków wchodzi do opuszczonego hotelu, żeby robić zdjęcia – mruknąłem. – Brzmi jak początek kiepskiego horroru.
– Tylko że my jesteśmy w środku tego horroru – dodała Anka półgłosem.
Rex obwąchiwał każdy kąt, aż nagle zatrzymał się przy bocznych drzwiach. Zaczął drapać w próg, jęknął. Julien bez słowa otworzył drzwi.
Mały korytarzyk prowadził do ciągu pokoi gościnnych. Numery na drzwiach były starte, ale jeden z nich rzucił mi się w oczy: 314.
Zamek był rozwalony, drzwi uchylone. Pchnąłem je stopą.
W środku panował chaos. Rozwalone łóżko, materac na podłodze, porwane zasłony. Na środku leżał granatowy polar, rozerwany na ramieniu. Na materiale, nie pozostawiając wątpliwości, ciemniała zaschnięta krew.
Zamknąłem na chwilę oczy.
Wyobraziłem sobie chłopaka, który upada, uderza się, próbuje wstać. Dziewczyny, które krzyczą, ciągną go za ręce. Pies Rex, który teraz chodził po pokoju, z nosem przy ziemi, nagle zamarł przy oknie.
– Co masz, stary? – zapytał Julien.
Rex postawił uszy i szczeknął dwa razy. Potem popatrzył na nas, po czym zeskoczył z parapetu i pobiegł z powrotem do drzwi, jakby chciał powiedzieć: „Dalej. To jeszcze nie tu”.
Jezioro bez echa
Zeszliśmy po krętych schodach na dół, do wyjścia prowadzącego na taras nad jeziorem. Drzwi były zablokowane od środka kawałkiem deski. Ktoś próbował się zabarykadować albo… nie chciał, żeby ktoś mógł wejść.
Przepchnęliśmy je z wysiłkiem. Wilgotne powietrze znad wody uderzyło nas w twarz jak chłodny kompres. Jezioro było czarną plamą, w której odbijały się jedynie nasze latarki.
Na balustradzie tarasu ktoś zostawił ślady dłoni w kurzu. Jakby ktoś w panice przechylał się, wyglądał w dół, może wołał o pomoc.
– Mieli robić zdjęcia „starego hotelu o północy” – powiedział Moreau, zaglądając w ciemność. – Ktoś z ich znajomych dostał ostatnie zdjęcie właśnie stąd. Taras, jezioro, gwiazdy. A potem… nic.
W tym momencie w radiu odezwał się głos strażaka z grupy w kamieniołomie.
– Tu ekipa Alfa. Znaleźliśmy ślady pochodni i plastikowy kubek w pobliżu uskoku, ale żadnych ciał, żadnych śladów świeżej lawiny. Na razie nic bardziej konkretnego.
To była dobra i zła wiadomość jednocześnie. Żyli? Byli ranni? Ukrywali się? A może ktoś ich zabrał?
Rex znów dał znać. Tym razem nie ciągnął nas na zewnątrz, tylko zawrócił do środka, w stronę piwnic.
Podziemia, których nie było na planie
Henri zatrzymał się przed metalowymi drzwiami prowadzącymi w dół.
– Tego nie ma w oficjalnej dokumentacji – powiedział cicho. – To miał być kiedyś tunel techniczny do pralni i magazynów, potem rozbudowali go o kilka dodatkowych pomieszczeń. Nigdy tego nie skończyli.
– A dzieciaki skąd mogły o tym wiedzieć? – zapytała Anka.
– Internet – rzuciłem. – Fora, urbex, lokalne legendy. Jak jest zakaz wstępu, to tym bardziej tam pójdą.
Drzwi były lekko uchylone. Za nimi zaczynały się schody w dół, w ciemność tak gęstą, jakby ktoś wlewał smołę w betonowy lej.
Zeszliśmy. Po kilku stopniach powietrze stało się cięższe, cieplejsze. Słychać było tylko nasze kroki, sporadyczne kapanie wody i przyspieszony oddech psa.
Na dole rozchodził się wąski korytarz, z którego odchodziły kolejne, jak żebra od kręgosłupa. Na ścianach – stare rury, popękane kafelki, graffiti. I nagle, na jednej z nich, w świetle mojej latarki, coś, co ścięło mi krew w żyłach.
Trzy imiona, napisane pospiesznie czarnym markerem, jedno pod drugim:
BARTEK
LENA
MAJA
Pod spodem krzywo dorysowane serce i data – dzisiejsza.
– To świeże – powiedziała Anka. – Musieli tu być. Musieli…
Nie dokończyła, bo Rex zawył, jakby ktoś podciął mu gardło. Szarpnął się tak gwałtownie, że Julien ledwo utrzymał uprząż.
– Jest zapach – krzyknął przewodnik. – Silny! Za mną!
Pokój bez okien
Korytarz zakręcał dwa razy, potem urywał się przy metalowych drzwiach bez klamki. Wyglądały jak drzwi do chłodni albo magazynu chemikaliów. Ktoś jednak niedawno je otwierał – na progu widniały świeże ślady butów, rozmazane w pyle.
– Stójcie – powiedziałem, choć sam byłem najbliżej. – Najpierw rzucamy okiem, czy nic nie grozi nam zawaleniem.
Moreau przytaknął, wyciągnął latarkę na wysięgniku i wsunął ją przez szparę. Potem otworzył drzwi na oścież.
W środku panowała duszna, nieprzyjemna cisza. Ściany pomieszczenia były surowe, betonowe, bez okien. Na środku stały trzy plastikowe krzesła, jedno wywrócone. W kącie leżała rozbita latarka. Obok – długi, krwawy ślad, jakby ktoś czołgał się po podłodze.
Na krześle, które jeszcze stało prosto, wisiała kurtka. Niebieska, z naszywką polskiej szkoły. W kieszeni – bilety autobusowe, paragon z lokalnego sklepu, zdjęcie trójki uśmiechniętych nastolatków na tle hotelu.
– Ku***… – wyrwało się komuś z tyłu.
Rex nagle przestał szczekać. Zamiast tego znieruchomiał, wbił wzrok w sufit, po czym powoli cofnął się o krok. Nigdy wcześniej nie widziałem, żeby pies ratowniczy się wahał.
I wtedy usłyszeliśmy to wszyscy.
Cichy, przeciągły szmer. Jakby coś ciężkiego było przesuwane po podłodze piętro wyżej. Chwilę później – głuchy huk. Potem coś jeszcze – jakby… szept? Może wiatr. Może echo. Może nasza wyobraźnia.
– Piętro wyżej – powiedział Moreau. – Tam są dawne pomieszczenia techniczne. Jeśli tam są, mogą być uwięzieni.
Nie czekaliśmy.
Finał, którego nie potrafię wytłumaczyć
Schody na górę były wąskie i strome. Czułem, jak adrenalina miesza mi się z czymś, czego nie lubię nazywać strachem. Ratownik nie ma prawa się bać – tak sobie powtarzamy. Ale to kłamstwo. Boimy się wszyscy. Różnimy się tylko tym, co z tym robimy.
Na półpiętrze leżał but. Damski, sportowy, z żółtą sznurówką. Krew wbiła mi się w skórę jak igła – na pięcie była zaschnięta, ciemna plama.
– To Leny – powiedziała Anka, która wcześniej oglądała zdjęcia z telefonu. – Miała takie same.
Dotarliśmy do metalowych drzwi z małym okienkiem. Ktoś od środka przykleił do niego taśmą kawałek folii, ale część odpadła. Zza szyby widać było błysk czegoś refleksyjnego.
– Policja! – krzyknął Moreau. – Jeśli tam jesteście, odezwijcie się!
Przez chwilę nie działo się nic. Już miałem powtórzyć wezwanie, gdy nagle po drugiej stronie rozległ się cichy, zduszony szloch.
– Pomocy… – głos dziewczyny, chrapliwy, zachrypnięty. – Proszę…
Nie pamiętam dokładnie, jak wyważyliśmy te drzwi. Strażacy dołączyli do nas w ostatniej chwili, ktoś użył łomu, ktoś inny stopy. Metal zaskrzypiał, coś pękło, drzwi otworzyły się jak w zwolnionym tempie.
W środku, przy ścianie, siedziały dwie dziewczyny. Jedna z zabandażowaną prowizorycznie nogą – pewnie dlatego mieli tyle krwi po drodze. Druga ściskała ją za rękę, patrząc na nas oczami tak wielkimi, że wydawały się nienaturalne.
– Gdzie Bartek?! – rzucił Moreau.
Wskazały drżącą dłonią w stronę ciemnego narożnika, za starymi regałami. Ruszyłem tam biegiem.
– Bartek? Tu Marek, ratownik. Odezwij się!
Najpierw zobaczyłem jego but. Potem nogę, rękę, rozbitą czołówkę obok głowy. Leżał na plecach, z głową nienaturalnie przekrzywioną. Przez sekundę miałem wrażenie, że patrzę na ciało. Przyklęknąłem, dotknąłem szyi.
Tętno. Słabe, ale było.
– Oddycha! – krzyknąłem. – Anka, tu!
Zadziałaliśmy automatycznie. Kołnierz ortopedyczny, tlen, szybka ocena urazów. Wyglądało na to, że spadł z wysokości – może z jednego z tych zniszczonych podestów technicznych. Głowa, kręgosłup, możliwe obrażenia wewnętrzne.
Rex usiadł obok, jakby pilnował, żeby chłopak nie zniknął znowu w ciemności.
– Co się stało? – zapytałem dziewczyn, kiedy powoli sprowadzaliśmy Bartka na noszach w stronę wyjścia.
– Usłyszeliśmy coś w piwnicy – powiedziała Maja, ta z zabandażowaną nogą. – Jakby ktoś tam był. Krzyk? Nie wiem. Poszliśmy. Tam na dole jest więcej pomieszczeń, niż widać na planach. Bartek wszedł pierwszy, coś się osunęło, podłoga, deski… spadł. Próbowaliśmy go wyciągnąć, ale ciągle tracił przytomność. Schowaliśmy się tutaj. Myślałyśmy, że… że ktoś po nas nie przyjdzie.
Na korytarzu znów usłyszałem ten przeciągły, nieprzyjemny dźwięk – jakby coś ciężkiego przesuwano po suficie. Podniosłem głowę.
Nic. Beton, kable, pustka.
– Marek, wychodzimy – przypomniała mi Anka. – Zajmij się nim, resztę zostaw policji.
„To tylko zły sen” – a jednak…
Pamiętam jeszcze migające światła karetek na parkingu. Pamiętam, jak przekazywałem Bartka na SOR-ze, mówiąc lekarzowi dyżurnemu o podejrzeniu urazu kręgosłupa i wstrząśnienia mózgu. Pamiętam, jak dziewczyny siedziały owinięte kocami termicznymi, z kubkami gorącej herbaty, patrząc w jeden punkt.
Pamiętam też, jak wracaliśmy nad ranem do stacji. Było już jasno. Słońce wychodziło zza wzgórz, normalny świat wracał na miejsce.
Usiadłem w dyżurce, odłożyłem torbę medyczną, oparłem głowę o ścianę. Zamknąłem oczy dosłownie na chwilę.
I wtedy wszystko się urwało.
Znów byłem w korytarzu hotelu.
Znów czułem zapach kurzu i krwi.
Znów widziałem te same drzwi z numerem 314.
Podszedłem, jak wcześniej. Pchnąłem je stopą. W środku – ten sam porzucony polar, ta sama smuga na podłodze. Tylko że tym razem ktoś stał tyłem przy oknie. Wysoki, chudy, w ciemnej kurtce.
– Bartek? – zapytałem, choć instynkt mówił mi, żeby zawrócić.
Postać odwróciła się powoli. Twarz była… rozmazana. Jak na zdjęciu z długim czasem naświetlania. Usta poruszyły się bezgłośnie. Po chwili usłyszałem tylko jedno zdanie, jak szept pod czaszką:
– Przecież nie zdążyłeś…
Poczułem, że tracę grunt pod nogami. Światło latarek zgasło. Wszystko zniknęło w czerni.
Otworzyłem oczy z gwałtownym wdechem. Siedziałem nadal w dyżurce. Przede mną zimna kawa. Nad głową brzęcząca świetlówka. Za oknem – poranek.
Telefon na biurku zawibrował. Odruchowo zerknąłem na ekran.
Wiadomość z dyspozytorni:
„Noc spokojna. Zero poważnych wyjazdów. Zmiana od 22:00 odwołana. Możesz wreszcie odespać.”
Zamarłem. Spojrzałem na zegarek. Była dopiero 22:07 tego samego dnia. Jeszcze nawet nie zacząłem dyżuru, na który – byłem pewien – właśnie wróciłem z opuszczonego hotelu.
Nie było żadnego zgłoszenia z „Les Roches Bleues”.
Nie było Bartka, Mai, Leny.
Nie było psa, który prowadził nas po ciemnych korytarzach.
Był tylko mój przyspieszony oddech, spocone dłonie i serce walące jak młot w klatce piersiowej.
Przetarłem twarz, próbując się ogarnąć.
– Wszystko gra? – zapytała Anka, wchodząc do dyżurki z kubkiem świeżej kawy. – Wyglądasz, jakbyś właśnie wrócił z jakiejś katastrofy.
Uśmiechnąłem się krzywo.
– Po prostu… zły sen – odpowiedziałem. – Tylko zły sen.
Ale kiedy tego wieczoru przejeżdżaliśmy karetką obok jeziora, a gdzieś wysoko, ponad koronami drzew, mignął mi sylwetką betonowy szkielet hotelu „Les Roches Bleues”, nie odważyłem się spojrzeć na numer budynku.
Bałem się, że zobaczę tam wypłowiałą tabliczkę z numerem pokoju.
314.
Ciekawa historia? Dzięki za przeczytanie — a jeśli sam wybierasz się na urbex, pamiętaj: takie wyprawy potrafią zaskoczyć nawet doświadczonych eksploratorów. Zadbaj o swoje bezpieczeństwo. Zabierz ze sobą dobrze wyposażoną apteczkę, zestaw pierwszej pomocy albo chociaż koc termiczny – znajdziesz je na AlmaMed.pl
